Przyjechałam do Niemiec niemal 20lat temu.
Wyszłam za mąż za „polskiego Niemca”, który był bardziej niemiecki niż cały ród Wittelsbachów.
Gdy dochodziło do kłótni, zapominał polskiego w gębie i raczył mnie niemieckimi „uprzejmościami”.
Rozwiodłam się z idiotą. Na takie „egzemplarze” natrafiam do dziś: Jeszcze nie nauczyli się niemieckiego a język polski już zapomnieli… Rzecz jasna, wielu z nich ma niemieckie obywatelstwo.
Podobnie jak znajomy murzyn, który na niemiecki paszport podrywał pracujące „na czarno” Polki. Jedną z nich nad wyraz skutecznie: zrobił jej dziecko, a przez kilka następnych lat trenował na niej boks, który w przeciwieństwie do języka niemieckiego opanował w stopniu dobrym.
Po niemiecku do dziś nie mówi – raczej gaworzy jak niemowlę.
Potem przyszedł czas beztroskiej zabawy i kulawe związki. Niemców wspominam cieplej niż Polaków, choć germańskiej mentalności do dziś jakoś strawić nie mogę.
Nie zniemczyłam się i nie mam niemieckiego paszportu, choć ten pewnie ułatwiłby moje życie.
Jestem Polką, moim mężem jest Polak. Brakuje mi tej naszej polskiej otwartości, gościnności i słowiańskich dusz. Tych jednak, tutaj chyba nie spotkam.
Spotkam za to, polską zawiść, zatwardziałość w szaleństwie i brak tolerancji.
Spotkam polskich facetów z budowy topiących smutki w wódce i Polki gotowe wleźć do łóżka Niemcowi za obietnicę „dożywotniego sprzątania”.
Spotkam też, starą upudrowaną Polkę pracującą w ”Rossmanie”, która na pytanie zadane po polsku odpowiada w bawarskim dialekcie niemiłosiernie go przy tym kalecząc.
W pobliskiej knajpie będzie mi płakał w rękaw podstarzały znajomy rodak, który nie cierpiąc Niemców pracuje dla nich od 15 lat powtarzając między jednym a drugim kieliszkiem osławione: „Ibi Patria ubi bene”.( Tam ojczyzna, gdzie mi się dobrze powodzi)
Usłyszałam kiedyś od pani konsul, iż w latach osiemdziesiątych osiedlił się w Niemczech przede wszystkim kwiat polskiej opozycji i inteligencji. Ten kwiat z czerwonym zasmarkanym nosem, kupuje dziś najtańsze piwo pobierając głodowy zasiłek „Hartz IV”.
Znajomy mi tłumacz przysięgły, prowadził w tamtych czasach sklep z polskimi wędlinami.
W wolnym czasie, przełożył na język polski kilka książek. Nie wyszło mu. Wrócił do kraju.
Splajtował tylko dlatego, bo inny znajomy Polak w swym sklepie „dawał na kreskę” prócz wędlin także wódkę.
A ja do dziś podziwiam panią konsul za niebywałe poczucie humoru.
Wieczorem wyjdę z psem na spacer.
Przechodząc obok spelunki usłyszę swojsko brzmiące : „kurwa, chuj i ja pierdolę”.
Dowiem się też, że: „ Stasiek co robi razem z nami na wydziale to kawał chuja i koniecznie go trzeba udupić”.
Wrócę do domu, wspomnę przodka rozstrzelanego w Charkowie i pomyślę sama sobie na przekór:
„Jeszcze Polska nie zginęła”.
Adrian Skierski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz