poniedziałek

Opowieść Matyldy



(...)W wieku 14 lat dowiedziałam się, że ze mnie to nawet dobrej kurwy nie będzie.
To właśnie tatuś starał się poprawić samoocenę  pulchnej nastolatki.
Udało mu się połowicznie. Dziwką nie zostałam, ale  do dziś dbam o nienaganną figurę.(...)




Czym jest rodzina?

Nie wiem.  Nie jestem z domu dziecka i niekiedy tego żałuję.
Chyba szybciej pogodziłabym się z losem bachora niechcianego.
Podobnie jak wiele innych osób uczęszczających do liceum dla dorosłych, którzy wcześniejszą edukację zakończyli na etapie „podstawówki”.
Pomyślisz – ot gówniara zaszła w ciążę i oto cały powód…
Nic z tych rzeczy. Powodem była właśnie rodzina. Właściwie pseudo-rodzina.
Gdzieś wyczytałam , że rodzina to podstawowa komórka społeczna. Być może. Nie zamierzam się sprzeczać. Ojciec często zaglądał do komórki, z tym że ta nie była ani podstawowa, ani też społeczna.
Uciekał od rzeczywistości i właściwie całe życie spędził wśród części samochodowych.
Matka jako komórka też wyglądała raczej blado. Nie mam do niej pretensji. Jestem pogodzona.
Sama ze sobą. W końcu geny patofelka  zawierają aż 80% kodu DNA, podczas gdy człowieka to tylko 3%. Zapewniam was –moja matka bije pantofelka na głowę.

Nie wiem czym rodzina jest.

Wiem doskonale czym być powinna. Oazą spokoju i bezpieczeństwa, z której mały dzieciak nie musi uciekać w środku nocy, bo tatuś akurat swe frustracje wyładowuje na mamusi.
Siekiera w ręku naprawdę potrafi wzmacniać najsłabsze argumenty słowne.

Na pewnej stronie internetowej wyczytałam niesamowite bzdury.
 Dowiedziałam się, że wspólne niedzielne obiady zbliżają domowników.
Dogania mnie nieubłaganie czwarty krzyżyk na karku, a ja przecieram oczy ze zdumienia.
Te nasze zbliżały aż za bardzo.  Pasek klinowy od samochodu nauczył mnie posługiwania się sztućcami przy stole. Jego ślady na moim tyłku zatroszczyły się o to, by nauka nie poszła w las.
Rodzina powinna też wpajać swym pociechom pewne zasady.
Dzięki niej zapamiętałam główną zasadę – brak jakichkolwiek zasad.
W dzisiejszym świecie sprawdza się nad wyraz znakomicie. Problem jedynie w tym, że słabo przyswajałam tego rodzaju wiedzę.

Moje buty zawsze były podbite buntem i gniewem. Chyba dzięki  temu, nadal  chodzę z dumnie podniesioną głową.
Bezpieczna przystań pełna miłości wypełniona troską o tego maluczkiego.
Nie pamiętam tego.

W wieku 14 lat dowiedziałam się, że ze mnie to nawet dobrej kurwy nie będzie.
To właśnie tatuś starał się poprawić samoocenę  pulchnej nastolatki.
Udało mu się połowicznie. Dziwką nie zostałam, ale  do dziś dbam o nienaganną figurę.
Młodszy brat z okresu dzieciństwa zapamiętał  wspólne nocne ucieczki  na komisariat.
Nad ranem, milicjanci składali naszemu tatusiowi wyrazy współczucia z tytułu posiadania rozwydrzonych gówniarzy. Mamusia – rozwielitka, ze strachu  przytakiwała głową.

Ojciec nigdy nie pił. Udzielał się społecznie. Wszyscy mu współczuli  niedorozwiniętej córeczki.

Kiedyś opowiedziałam ciotce o „egzekucjach”  wykonywanych paskiem klinowym.
Po moim monologu zapytała mnie: „Czy Ty dziecko długo już bierzesz narkotyki?”
Dałam sobie spokój z szukaniem ratunku.
 Rodzice bywali słodcy.
Na 16 urodziny dostałam całkiem spory prezent. Ważył 5 ton i nazywał się węgiel.
Przez kilka godzin zrzucałam  go do piwnicy.
Gdy miałam 18 lat wyniosłam się z domu. Tatuś się ucieszył.

Ja ucieszyłam się bardziej od niego.  Byłam daleko stąd. W obcym kraju wśród obcych ludzi, dla których tak naprawdę byłam jedynie egzotycznym zjawiskiem.
Ot, całkiem ładny kawał dupy mówiący w niezrozumiałym szeleszczącym języku.
Od nowa, z przegryzionego słowa „kocham”  budowałam swój świat niczym wiszące mosty.
Matka całkowicie bezwolna, kilka lat wcześniej własną ręką podpisała list, w którym padły słowa: „Wyrzekamy się ciebie”.  Dziś po latach mówi, że nic takiego nie pamięta.
List zostawiłam sobie na pamiątkę.

Liny butwiały, mosty spadały w przepaść,  a ja pozbawiona pierwotnego poczucia bezpieczeństwa  15 lat później usłyszałam od ojca zaczarowane „kocham Cię”. 
Ojciec nie przeżył takiego wyznania.  Rozmawiałam z nim w niedzielę wieczorem przez telefon.  Płakał i przepraszał. W poniedziałek rano miał zawał.
A ja co roku składając kwiaty na jego grobie, pytam sama siebie: „Czym jest rodzina?”
Czym powinna być?  I dlaczego?

Ojciec nie dał mi nic prócz strachu i bólu.
Matka była mu całkowicie uległa.

Zepsułeś mi głowę.
Kocham Cię Tato.



Utwór ma charakter beletrystyki.  Podobieństwo  do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Adrian Skierski



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz