wtorek

Polonus w krainie czerwonego kangura - wywiad z Rochem Jankowskim.


"Nie opowiem wam o palmach i owocach, o zarobkach które wcale nie są złe. Lecz dlaczego nasi płaczą tam po nocach, tego nie wiem i kto ich tam wie" - tak śpiewał Andrzej Sikorowski. A ja emigrant, wsłuchałem się w tę tęsknotę...

Powiedz mi dlaczego i kiedy wyjechałeś z Polski?

Wyjechałem wraz z żoną i dziećmi w styczniu 1995 roku. Córka miała 9 a syn 11 lat. Zwyczajnie szukałem dla swej rodziny lepszego miejsca na ziemi. Nie jestem "męczennikiem politycznym", jak wielu opuszczających Polskę w latach 80. Trudno mi było zrozumieć, do czego nasz rząd zmierza, chociaż podobno mieliśmy już demokrację.

Wyjechałeś bez znajomości języka? Ciężko było się odnaleźć w nowym otoczeniu i zupełnie innym klimacie?
 
Znałem kilka słów po angielsku, ale wbrew pozorom nie było mi ciężko, bo w każdym środowisku adaptuję się szybko. Klimat ? Hmm...W Warszawie był śnieg i minus 10-15 stopni, a w Adelajdzie pełnia lata i 35 kresek powyżej zera. Ale ja jestem ciepłolubny.

Miałeś problemy ze znalezieniem pracy?
 
A w życiu! Dzisiaj pracowałem tu, jutro mogłem pracować gdzie indziej. Grunt to mieć fach w ręku.

Uchyl rąbka tajemnicy...
 
- Pracuję jako mechanik samochodowy, choć to mało powiedziane. Nieskromnie powiem, że o autach wiem wszystko. Robiłem to zresztą jeszcze w Polsce, choć wykształcenie mam zupełnie inne. Czasami jednak, moja profesja odbija mi się czkawką. Chyba pora odpocząć.

Jak opisałbyś stosunek miejscowych do Ciebie, gdy stawiałeś pierwsze kroki w Australii.? Jaka jest opinia o Polakach?
 
- Zostałem miło przyjęty, złego słowa nie powiem. Nasi rodacy to jednak zupełnie inna historia.

?
 
- Widzisz... Miejscowa Polonia stworzyła pewnego rodzaju klany. Ot, takie grupy 4-5 rodzin spotykające się ze sobą i obrabiające tyłek pozostałym rodakom. Gdy pojawia się "świeżak",
takim jak ja wówczas byłem, wszyscy roztaczają przed Tobą wizje dobrobytu i wiecznej szczęśliwości. Rzecz jasna tylko z nimi należy trzymać, bo inni rodacy są tacy, siacy i owacy...

Ciekawe. Myślę Rochu, że to nasza cecha narodowa.
 
- Ja jestem pewien. 50 latek już za mną, a „nawijanie makaronu na uszy” jest dobre dla gówniarzy. Jednak przyznaję - nie uniknąłem uwikłania się w te gierki na jakiś czas. Młody emigrant - głupi emigrant. Dziś trzymam się od nich z daleka.

A może coś więcej powiesz?

- Adrian do cholery... Wiercisz mi dziurę w brzuchu. (Roch przy tym, szeroko się uśmiecha)
Przyjedź tutaj, pomieszkaj trochę i po pewnym czasie kup lepszy samochód.
Są ogromne szanse, że tym, który cię "podkabluje" do urzędu skarbowego będzie rodak.
Zmieńmy temat.

Młodsze pokolenie pewnie już nie ma takich problemów?

- To już inny świat. Obowiązuje zasada trzech literek "W" - czyli "więcej ,wyżej, wygodniej".
Ale powiem Ci, że moje dzieciaki skończyły miejscowy uniwerek dzięki naciskom moim
i najlepszej żony na świecie - czyli mojej.

Ja o swojej twierdzę to samo.

- I słusznie. Bo właśnie te cudne istoty trzymają nas przy życiu.

Czy Twoje dzieci mówią po polsku? 



- Co za pytanie... Chcesz mnie obrazić? Dla mnie to oczywiste. Wnuczek Olo ma 3,5 roku
i nawet opanował podstawy przeklinania po polsku.
Wnuczka Olivia ma niespełna trzy miesiące ale myślę sobie, że nawet gdy płacze, to płacze w języku ojczystym:-)

Wiem, że jesteś patriotą i Twoje serce zawsze będzie biło dla Polski i Twej małej ojczyzny - Dąbrowy Górniczej. Bardzo tęsknisz?

- Przyznaję się bez bicia. Kiedy dzieci były młodsze i byłem bardziej zapracowany,
nie odczuwałem tak tego. Adelajda, pomimo tego co można wyczytać w internecie, to dla mnie wielokulturowa milionowa wiocha. A z ostatniego pobytu w Dąbrowie, zabrałem ze sobą do Australii kamień znaleziony w polu. Dla mnie jest nadzwyczajny - bo z polskiej ziemi.

Działa tu u Ciebie w Adelajdzie, jakieś stowarzyszenie polonijne? Angażujesz się jakoś w ich działalność?

- A owszem, działa. Dla mnie to ludzie bez pomysłów, bojący się utracić pozycję pozyskaną wiele lat temu w środowisku polonijnym. Młodzi ludzie i do tego z inwencją twórczą, są raczej niemile widziani. To taki nasz miejscowy grajdołek, którego nie znoszę.

Co to znaczy dla Ciebie być Polakiem?

- Bez wielkich słów, bo jestem tylko emigrantem. Urodziłem się Polakiem, jestem Polakiem i Polakiem umrę. Tego samego wymagam od swych dzieci i wnuków.
Mężem córki jest Polak a i syn wziął sobie Polkę za żonę. Zresztą Polki cieszą się tutaj świetną opinią: Piękne kobiety dbające o dom, dzieci i tradycje rodzinne.

A panowie?

- Hmm... Mamy opinię świetnych fachowców z głową na karku. Niestety ze wszystkich dyscyplin olimpijskich najbardziej lubimy "vodka sport":-). Ja już sam nie wiem, czy to choroba, czy tylko kolejna tradycja narodowa. Najpewniej jedno i drugie. Po prostu mi przykro.

Co chciałbyś powiedzieć wszystkim rodakom pozostałym w kraju? 


- A co chcesz usłyszeć? Bajki o pseudo- dobrobycie? Chciałbym obalić wszelkie mity na temat Zachodu. Mamy fajny dom, niezłą pracę. Moje dzieci zresztą też nie mają powodów do narzekań. To jednak z czasem przestaje wystarczać. Polak jest mimo wszystko - nieważne jak długo by tu nie mieszkał, tylko kolejnym "białasem".
Wiem, że brzmi to śmiesznie w kraju, w którym Aborygeni są mniejszością.

Chyba nie rozumiem...

- Nie musisz.
Tytuły i umiejętności przywiezione z Polski, możesz sobie bez tzw."znajomości" w buty wsadzić. Będziesz wyższy...

Ależ Rochu! W Polsce wcale nie jest inaczej... Znajomości wszędzie się niestety przydadzą.

- Dzięki za pocieszenie. Już teraz wiesz, dlaczego do Polski wracać nie zamierzam. Tutaj przynajmniej klimat mam przyjemniejszy.
Spędziłeś kiedyś w samych gatkach sylwestra na plaży?


Z Rochem Jankowskim rozmawiał Adrian Skierski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz