czwartek

Kazimierz Ratoń - "Nikt kto mnie spotka, nie pozna prawdziwie"


Poeta. Najmniej znany, najbardziej pogardzany. Gruźlik, epileptyk, alkoholik, chory psychicznie kloszard, spacerujący często w jednym bucie. Z wszystkich "wyklętych" miał najwięcej powodów do samobójstwa, którego nigdy nie popełnił.




Kazimierz Ratoń urodził się 4 marca 1942 roku w Sosnowcu. Pochodził z zamożnej inteligenckiej rodziny. Jego ojciec był adwokatem. To właśnie śmierć ojca, gdy mały Kazik miał 9 lat, była prawdopodobnie pierwszym impulsem do postępującej alienacji. O swym ojcu powiedział później: "To był jedyny człowiek, który mnie lubił".

Całe jego życie było jednym pasmem udręk fizycznych - już w wieku 11 lat trafia do sanatorium, w którym spędził ponad rok w gipsie z powodu rozpoznania gruźlicy kości. Reemisja choroby nastąpiła już w szkole średniej, wtedy też "dostał w prezencie od losu" zapalenie stawu kolanowego, wskutek czego kulał do końca życia.

Mając 20 lat, zerwał wszelkie kontakty z bliższą i dalszą rodziną i przeprowadził się do Warszawy. Całkowicie odseparował się od swej matki, z którą, jak należy przypuszczać, nigdy nie miał dobrego kontaktu. Brak tej pierwotnej więzi i rozwijająca się nieleczona choroba - nie potrafił bowiem podporządkować się surowym regułom leczenia szpitalnego, zaważyły w niebagatelny sposób na jego poczuciu odrzucenia, które sam w późniejszym życiu pogłębiał za pomocą hektolitrów wlewanego w siebie alkoholu.

Mieszkając w stolicy imał się różnych profesji: był robotnikiem budowlanym, mechanikiem, dziennikarzem, statystą w filmie czy też kierownikiem klubu w fabryce szczotek i pędzli. Na potrzeby owego klubu sprowadzał dzieła filozofów, socjologów i poetów, toteż zdegradowano go wkrótce do roli bibliotekarza, gdyż dyrekcja zakładu uznała je za "zupełnie zbędne dla klasy robotniczej".

Od wczesnego dzieciństwa ten stały bywalec sanatoriów dla gruźlików, otrzymał w końcu rentę.
Zaczął pisać i wtedy też przy kieliszku wódki, nawiązywał w kawiarni ZLP kontakty ze środowiskiem literackim.

Okazjonalne sukcesy, jak wydanie 2 tomów poezji czy publikacje w "Poezji", "Miesięczniku Literackim" nie wystarczały na dostatnie życie. Prestiżowa nagroda "Pen Clubu" także nie poprawiła jego materialnej egzystencji. Ten okres w życiu poety można jednak określić jako dobrą passę. Później był już tylko upadek.
Ratoń nigdy się nie ożenił, najprawdopodobniej też żadna z kobiet obecnych w jego życiu nawet w nikłym stopniu nie odwzajemniła jego uczuć. Otoczenie postrzegało go bowiem przede wszystkim jako alkoholika i wiecznie kaszlącego kuternogę.

 Jego poezja kojarzy się przede wszystkim z "literaturą do trumny":                                
"Jeśli nieszczęście zadręczy ci umysł
I głosem bólu wypełni twe ciało
To wiedz żeś dzieckiem był kiedyś i płodem
Różowym pięknem które umrzeć miało(…)"

On swej śmierci nie przepowiadał, tylko się wręcz domagał:

"(…)Nie tracę nadziei
jeszcze że śmierć okaże
mi swoją litość swoją dobroć
i przyjdzie do mnie któregoś dnia mądrego(…)"
Ratoń dręczony zaawansowaną gruźlicą, która zajęła także mózg i skórę, mógł obserwować w lustrze swą fizyczną degrengoladę. Jego ciało gniło już za życia. Całości obrazu dopełniała epilepsja i silny psychotyzm.

Mieszkając na ul. Emilii Plater 4 w Warszawie, za sąsiadów miał pomniejszych bandytów, złodziei i prostytutki. Drzwi jego mieszkania, a raczej "dziupli", były jednymi z niewielu wiecznie otwartych. Gdy brakowało pieniędzy na "szlachetne alkohole" jak wódka, wino czy piwo, trunkiem stawały się denaturat, woda brzozowa czy też spirytus salicylowy.

Poeta był całkowicie świadomy swego nędznego położenia:

"Lecz oto żyjesz jeszcze nie żyjąc
Błazeński grymas wstrząsa twoim ciałem
Jest jedynym objawem istnienia(...)"

Jego zwłoki znaleziono 14 stycznia 1984 roku. Dokładna data jego śmierci nie jest znana.
Należy jednak przychylić się do opinii lekarskiej, datującej jego zgon na 7 stycznia.
Został pochowany na koszt opieki społecznej w Wólce Węglowej.

Rok później, w rocznicę jego śmierci, miesięcznik "Poezja" wydał specjalny numer poświęcony sylwetce tego poety.

Jego legenda była niestety jedynie sezonową modą.

Wraz z upływem czasu, przybywało tylko wymyślonych historii na temat poety - kloszarda, a twórczość odchodziła w zapomnienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz